Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 56
W tym miesiącu: 1104
W tym roku: 34624
Ogólnie: 344917

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Ewakuacja we wrześniu 1939 roku, cz.1

Autor: Piotr Lossowski
13-06-2013

Artykuł ukazuje losy dyplomacji po wybuchu II wojny światowej. Pokazuje dyplomatów w codziennej pracy, ale także w warunkach szczególnych, gdy trzeba było podejmować decyzje, gdy ważyło każde wypowiedziane słowo, każdy wykonany gest. Tekst ten jest złożonym im hołdem, przypomnieniem tego co dokonali.
Pierwsze dni po napaści niemieckiej na Polskę, po wybuchu wojny, niewiele zmieniły w pracy polskiej służby zagranicznej. Ci sami ludzie wykonywali rutynowo swe obowiązki służbowe. Był to ciąg dalszy, choć w zmieniających się warunkach, tej samej pracy. Nastroje, mimo pierwszych bombardowań, były dobre.
Jeszcze 3 września, po otrzymaniu wiadomości o przystąpieniu do wojny Wielkiej Brytanii i Francji, minister Józef Beck był pełen optymizmu. W ministerstwie panował niesłychanie podniosły nastrój. Mówiono tak, jakby klęska Niemiec była tylko kwestią krótkiego czasu.
Ale zmiana sytuacji ujawniła się już wkrótce i to w sposób gwałtowny, na skutek rosnącego zagrożenia ze strony Niemców.
Chociaż o możliwości ewakuacji Warszawy myślano już wcześniej, chociaż przygotowywano jeszcze przed wojną plany ewakuacji – to jednak były one traktowane jako coś odległego, robionego na wszelki wypadek. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Zaistniała konieczność, niemal z godziny na godzinę przystąpienia do wyjazdu z Warszawy. Nagle zakomunikowana tak ważna decyzja, dotykająca bezpośrednio nie tylko pracowników, ale i ich rodzin, wywołała zamieszanie. Wszyscy rzucili się do bezpośrednich przygotowań do wyjazdu. Normalny tok pracy ministerstwa został z dniem 5 września przerwany.
Okazało się, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych posiada wielkie zasoby akt, z którymi nie bardzo wiedziano co zrobić. Nieliczne dokumenty, które uznano za najważniejsze, zabrano wprost za sobą. Natomiast całą resztę próbowano załadować na ciężarówki. Wypełniono parę podstawionych aut, ale jeszcze bardzo wiele materiałów pozostało. Najgorsze było to, że nie starczyło czasu na selekcję dokumentów, wybranie tych ważnych i tajnych. Na dziedzińcu i w piwnicach Ministerstwa pozostawiono, w chaotycznym nieporządku, dużo skrzyń, które, jak się później okazało, zawierały akta o dużym znaczeniu.

Ewakuacja pracowników MSZ

Ewakuacja pracowników MSZ zorganizowana została w ten sposób, iż część z nich pojechała samochodami w kierunku Nałęczowa, a reszta wsiadła do podstawionego pociągu, który jechał inną trasą, ale również w ogólnym kierunku na południowy-wschód. Pracowników służby zagranicznej pochłonął wielotysięczny tłum uchodzących z Warszawy ludzi. Stali się oni, tak jak i wszyscy, przedmiotem ataków niemieckiego lotnictwa, które z całą bezwzględnością ostrzeliwało jadących i idących po drogach cywilów, zrzucając na nich bomby.
Ochrony przed atakami szukano w taki sposób, iż jechano nocą z zaciemnionymi światłami. A to powodowało szereg dalszych utrudnień. Jak podaje dyplomata Jan Meysztowicz, podróż upodobniała się do korowodu jadących mozolnie w ciemnościach, przystających co chwila gwałtownie, najróżniejszych pojazdów i samochodów z tlącymi się zaledwie światłami, wśród nawoływań, przekleństw, złorzeczeń i rozpaczliwego jazgotu klaksonów.

Kierunek na Krzemieniec

Postój w Nałęczowie dał tylko chwilowe wytchnienie. Wkrótce uznano, że należy ewakuować się znacznie dalej, wybór padł na odległy o kilkaset kilometrów Krzemieniec, położony już w pobliżu sowieckiej granicy.
Jazda z Nałęczowa do Krzemieńca przeciągała się nie tylko ze względu na zatłoczone szosy i powtarzające się bombardowania, ale także z powodu, dającego się odczuć coraz dotkliwszego braku benzyny. Poszukiwania paliwa kosztowały wiele nerwów i zabierały dużo czasu.
W rezultacie do Krzemieńca przyjechano dopiero późnym wieczorem 8 września. Zastano tam oazę ciszy i spokoju. Zarysowała się perspektywa odpoczynku, zorganizowania pracy.
Ministra Becka nie było, znajdował się w tych dniach w kwaterze Naczelnego Wodza. Tam, jak sam podaje, skupił się na trzech sprawach. Nacisku na mocarstwa sprzymierzone celem rozpoczęcia przez nie akcji lotniczej i przyspieszenia akcji lądowej. Po drugie, szukania dróg dowozu amunicji i materiałów pędnych dla armii. Po trzecie, domagania się działań dyplomatycznych w Kownie w związku z rozwijaniem przez Niemców gwałtownej akcji wobec Litwy. W tej sytuacji w Krzemieńcu kierował wszystkim wiceminister Jan Szembek.
Po pierwsze, nawiązał kontakt z przedstawicielami państw obcych, którzy podążali za Ministerstwem. Stwierdził, że wśród ambasadorów i posłów panuje zmęczenie wywołane uciążliwymi warunkami ewakuacji, ale także i niezadowolenie z powodu nieobecności ministra Becka. Żądano jego przyjazdu. Szembek obiecał powiadomić o tym ministra.

Wyjazd sowieckiego ambasadora

W tym czasie dotarły do Szembeka informacje o koncentracji wojsk za nieodległą sowiecką granicą. Jednak ambasador ZSRR Nikolai Szaronow uspokajał (!). Powiedział wprawdzie, że „na kilka dni” będzie chciał wyjechać na teren Związku Radzieckiego „dla nawiązania łączności”, lecz zaraz po tym wróci. Obiecywał załatwienie dostaw materiałów sanitarnych. Odjechał 11 września. Zauważono, że jego samochód był załadowany ponad wszelką miarę. Pakunki poumieszczano nawet na dachu. Za dużo było tego jak na kilkudniowy wyjazd. Jednak nie wyciągnięto z tego wniosków.
Min. Beck w Krzemieńcu
Tegoż dnia przyjechał wreszcie do Krzemieńca minister Beck. Zarzucony został pytaniami. Wyjaśniał i uspokajał ambasadorów i posłów. Przeprowadził z nimi szereg ważnych rozmów. Zapytał między innymi ambasadora Francji Leona Noela o prawo – w razie potrzeby – pobytu rządu polskiego we Francji na zasadzie precedensu belgijskiego. Noel zapewnił, że rząd francuski udzieli wszystkich żądanych ułatwień. Życie w Krzemieńcu jakoś się układało. Ministerstwo zaczynało funkcjonować, przywracano łączność. Tak nadszedł dzień 12 września, ciepły i pogodny jak i inne. Była godzina 10.50, gdy nad Krzemieńcem ukazały się niemieckie samoloty. Ambasador Stanów Zjednoczonych Anthony Drexel Biddle tak opisał to, co się wówczas stało: Lecąc wzdłuż głównej ulicy samoloty zaczęły zrzucać bomby. Potem ostrzelały ludzi na zatłoczonym rynku. Skutki nalotu – podkreślał były straszne: palące się domy, mieszkańcy biegnący bezładnie w popłochu. Nieszczęśnicy opłakujący stratę lub rany najbliższych, małe grupki przenoszące ciężko ranne kobiety i dzieci.
Bezwzględny i krwawy nalot wywarł duże wrażenie na dyplomatach. Zaczęto natarczywie domagać się wyjazdu w bardziej bezpieczne miejsce. Tegoż dnia otrzymano wiadomość, że grozi niebezpieczeństwo odcięcia Krzemieńca od połączeń z Rumunią. Wszystko to sprawiło, że przystąpiono po cichu do przygotowania dalszej ewakuacji.

13 września urzędnicy Ministerstwa otrzymali trzymiesięczne pensje. Część jednak personelu została „urlopowana”, czyli po prostu zwolniona. Spore grono pozostało w Krzemieńcu, gdzie zastała ich okupacja sowiecka.

Nad ranem 14 września nadeszło rozporządzenie premiera nakazujące Ministerstwu niezwłoczne ewakuowanie się do Kut nad granicą rumuńską.

Akcja dyplomatyczna w Brazylii

Gdy tak układały się losy pracowników centrali MSZ, warto powiedzieć również, co robili w tym czasie przedstawiciele polscy na placówkach zagranicznych. Przy niesprawnej łączności, przy niedostatku informacji i wskazówek ze strony centrali, zdani zostali w dużym stopniu na własną inicjatywę. Weźmy dla przykładu Brazylię: wybuch wojny, najazd hitlerowskich Niemiec na Polskę odbił się, wbrew pozorom, bardzo silnym echem w tym odległym kraju. Gazety były przepełnione wiadomościami z teatru działań wojennych. Ale jednocześnie bardzo silnie dochodziła tu do głosu propaganda niemiecka, starająca się przedstawić wydarzenia w sposób korzystny dla Trzeciej Rzeszy. Poseł Tadeusz Skowroński starał się temu przeciwdziałać.
Działalność swą prowadził kilkoma torami. Usiłował informować o wydarzeniach Polaków zamieszkałych w Brazylii, a jednocześnie wpływać na samych Brazylijczyków. Temu celowi służyła jego inicjatywa powołania Komitetu pomocy ofiarom wojny w Polsce. Co najważniejsze usiłował pokazywać jak najwięcej informacji korzystnych dla Polski.
W pierwszych dniach wojny eksponował obronę Westerplatte. Porównywał ją z Alcazarem de Toledo z czasów wojny domowej w Hiszpanii. Cała prasa to podchwyciła – pisze. Podał, choć nie był pewny jej autentyczności, fotografię majora Sucharskiego, która w wielkich rozmiarach ukazała się w prasie.
Walkę propagandową prowadził przez szereg tygodni. Poseł Skowroński pisze w swym dzienniku, że w ogóle nie było kontrakcji francuskiej i angielskiej na propagandę Niemców. Cały ciężar walki spadł na jego barki. Pod datą 10 września poseł zanotował: „Codziennie urzędnicy poselstwa i wolontariusze zaangażowani spośród kolonii polskiej odwiedzają po nocy redakcje, umieszczając fabrykowane naprędce, z obcych źródeł zresztą, telegramy własne PAT, artykuły i fotografie zaopatrzone odpowiednimi legendami. Wycina się ilustracje ze starych dzienników, z książek, z albumów i wszystko się aktualizuje”.

W kierunku Rumunii

Tymczasem znajdujący się w Krzemieńcu pracownicy Centrali MSZ i towarzyszący im akredytowani w Polsce dyplomaci wyruszyli 14 września w ostatni etap swej ewakuacyjnej wędrówki. Wiódł on nad rumuńską granicę. Przejazd odbywał się dość sprawnie, benzyny już tak nie brakowało. Nie znaczy to jednak, że droga była łatwa.
Warto jeszcze zacytować ambasadora Biddla, który podzielił się następującymi uwagami na temat tej jazdy: Dosłowne traktowanie zarządzenia o zaciemnianiu nocnym czyniły przejazdy przez miasto sprawą trudną i niebezpieczną. Trzeba było zwalniać do 3 – 4 mil na godzinę, a często stawać, żeby zorientować się, gdzie jechać. Natomiast w dzień dokuczał straszliwy kurz na szosie. Ogromne tumany białego pyłu – napisał Biddle – wznosiły się wokół każdego samochodu, tworząc jakby gęstą mgławicę i trzeba było niekiedy czekać kilka minut, by opadła na tyle, by odzyskać widoczność.
Wieczorem 14 września pierwsze samochody z pracownikami MSZ dotarły na miejsce. Zaczęto zajmować kwatery w kilku miejscowościach, jednakże centralnym punktem stała się miejscowość Kuty, położona nad Czeremoszem tuż przy rumuńskiej granicy. Myślano o tymczasowym urządzeniu się, ale nie było nawet mowy o pozorach urzędowania. Krzepiono się nadzieją i nasłuchiwano wieści o toczącej się wojnie. Jak wspomina dyrektor departamentu administracyjnego MSZ Stanisław Schimitzek jeszcze 16 września otrzymano „rewelacyjną wiadomość” o zwycięstwie pod Lwowem, zniszczeniu stu czołgów i zdobyciu 50 armat oraz wzięciu 8 tysięcy jeńców niemieckich. Wiadomości te przyjęte zostały z entuzjazmem.

Koniec złudzeń

Ale następny dzień pozbawił wszelkich złudzeń. Wiceminister Szembek podaje, że wczesnym rankiem 17 września dotarła do niego „straszna wiadomość”, iż wojska sowieckie przekroczyły na całej długości granicę polską i idą na zachód. W ciągu dnia uzyskano bliższe szczegóły od ambasadora polskiego w ZSRR Wacława Grzybowskiego. Donosił, iż motywy zawarte w nocie sowieckiej były tego rodzaju, że odmówił jej przyjęcia i wyraził kategoryczny protest. Ewakuacja rządu do Rumunii była właściwie w tym momencie już postanowiona – nadmienia Szembek. Zaczęto czynić przygotowania do przekroczenia granicy.
Ostatnie rozmowy i narady na terytorium Polski
Strona polska otrzymuje ponowne zapewnienie od ambasadora Rumunii Gheorghe Grigorcea, że rząd rumuński przedkłada do wyboru dwie propozycje: a) bezpieczny tranzyt przez Rumunię, do neutralnego kraju; b) pobyt rządu polskiego w Rumunii pod warunkiem zaprzestania działalności politycznej. Nie ulegało wątpliwości, że wybrana zostanie pierwsza możliwość.
Kolumna samochodów posuwała się wolno przez graniczny most na Czeremoszu. Jechałem w cadillacu z ministrem – zanotował sekretarz Becka Ludwik Łubieński – ostatni meldunek oficera straży granicznej i z ciężkim sercem i łzami w oczach znaleźliśmy się na terenie Rumunii. Opisać nie sposób [...].
W nocy przyjazd do Czemiowiec. 18 września próba dalszych rozmów z przedstawicielami władz rumuńskich. Minister Beck podaje, iż otrzymał do podpisu oświadczenie, że z chwilą wjazdu do Rumunii tego przyjaznego i neutralnego kraju rząd polski zrzekł się wszystkich swoich atrybutów konstytucyjnych, politycznych. Odrzucając takie rozwiązanie Beck zażądał umożliwienia mu rozmowy z ministrem spraw zagranicznych Rumunii Grigore Gafencu. Obiecano mu to, ale jednocześnie Rumuni zaczęli ponaglać do wyjazdu.
Jak podaje Łubieński, zażądano natychmiastowego wyjazdu z Czerniowiec w stronę południową, gdyż na północy Rumunii ogłoszono stan wyjątkowy i odbywa się koncentracja wojsk rumuńskich w obliczu niebezpieczeństwa ze strony Rosji. Na takie dictum Beck ustąpił.
Droga ewakuacji zaprowadziła go do Slanic w środkowej Rumunii. Slanie wąska dolina w górach – napisał Łubieński – jesteśmy jak w worku. Jedna, jedyna droga bardzo zła. Żadnych połączeń telefonicznych. Minister Beck i towarzyszący mu współpracownicy zdali sobie sprawę, iż podstępnie wciągnięci zostali w pułapkę. Są internowani.
30 września 1939 roku minister Beck zarządził odprawę pracowników MSZ, którzy przy nim jeszcze pozostali. Po dokonaniu krótkiego przeglądu wydarzeń Beck powiedział, co następuje: „Od jutra władzę Rzeczypospolitej sprawować będzie rząd wyznaczony przez nowego prezydenta w Paryżu. Jemu musimy być posłuszni i lojalni”. Słowa te stanowią symboliczne zakończenie ministerialnej aktywności Józefa Becka. Dał on w ten sposób dowód, że bardzo leżało mu na sercu dobro Polski oraz zachowanie ciągłości władzy. Przede wszystkim ciągłości działań resortu spraw zagranicznych.


Piotr Łossowski