Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 383
W tym miesiącu: 7028
W tym roku: 7027
Ogólnie: 556917

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

O dwóch księżach dobrego oblicza

Autor: Jan Turnau
04-09-2013

Na szczęście mamy ciągle trochę rzymskokatolickich duchownych, którym nikt knebla nie nałożył, choć mówią zawsze to, co myślą, a myślą mądrze.
Napisałem w poprzednim numerze o mariawitach i nie żałuję. Wyznanie to otacza wciąż czarna legenda, wielogębna plotka bardzo krzywdząca. Znaczna większość jego wiernych tworzy dzisiaj Kościół Starokatolicki Mariawitów, który odrzucił przedwojenne pomysły arcybiskupa Jana Kowalskiego i jest jedną ze wspólnot starokatolickiego nurtu chrześcijaństwa, różniącego się od Kościoła rzymskokatolickiego głównie odrzuceniem zwierzchnictwa papieża. Trzeba ciągle bronić małe wyznania chrześcijańskie, bo niemal wszystkim przypina się wciąż jakąś brzydką łatkę, ale jakaś ciemna legenda spowija też to wielkie, statystycznie 30 razy większe od wszystkich pozostałych. Tyle że dzieje się to jakby na jego własne zamówienie. Nie całkiem od rzeczy jest przekonanie sporej części społeczeństwa polskiego, że mój rzymskokatolicki Kościół żadnego dialogu nie uznaje, żadnej krytyki nie znosi, a głosi czasem poglądy jeśli nie w ogóle niesłuszne, to w każdym razie wypowiadane w sposób, który od niego coraz więcej ludzi odstrasza, coraz więcej wiernych z jego szeregów wypycha. A przecież niecały jest taki.

Dobre twarze zakwefiane

Są bowiem księża będący jego dobrą twarzą, ale się wykruszają. Tak było na przykład z ks. Michałem Czajkowskim, którego nieprzytomny atak lustracyjny skłonił do publicznego milczenia, a przecież po wyznaniu swoich win, którego dokonał, mógłby dalej szeroko głosić Ewangelię nie tylko o starszych braciach w wierze. Kiedy indziej to nie była ludzka decyzja, jak w przypadku jezuity Stanisława Musiała, którego Bóg przedwcześnie zabrał do siebie. Czasem też to decyzja ludzka w tym sensie, że nie żadnej instytucji, tylko należącej do niej osoby: to kazusy księży dziś już byłych, takich jak Tadeusz Bartoś, Stanisław Obirek czy Tomasz Węcławski, dzisiaj Polak, którzy przez swoje odejście pogodną twarzą instytucji kościelnej być nie mogą.
Ale są dalej duchowni nie tylko odważni, ale i rozważni, o kontrowersyjnych sprawach mówiący bez żadnego fanatyzmu, tego krytycznego czy tamtego obrończego: przykład koronny to były redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” ks. Adam Boniecki. Niestety władze zakonne zakazały mu wypowiadania się w mediach pozakościelnych. A przecież to właśnie media tworzą społeczny obraz Kościoła, jego – jak to się dziś mówi – PR. Było wspaniale, gdy ksiądz Adam czarował różnych antyklerykałów niewypluwaniem z ust swoich różnych artystów w rodzaju Nergala. Było jednak wspaniale nie dla wszystkich, nie dla jego zwierzchników – i mamy oto decyzję cenzuralną, która przez sam fakt ograniczania wolności słowa fatalny mojemu Kościołowi obraz wyrobiła.
Na szczęście mamy ciągle trochę rzymskokatolickich duchownych, którym nikt knebla nie nałożył, choć mówią zawsze to, co myślą, a myślą mądrze. Na czele z dominikanem Ludwikiem Wiśniewskim, ale też z tego zakonu Tomaszem Dostatnim, z jezuitą Wacławem Oszajcą, oczywiście z innym Wacławem, oblatem Hryniewiczem, który „image” polskiej teologii genialnie poprawia, Pana Boga miłosiernym nieskończenie czyniąc. No i z dwoma niezakonnymi księżmi Andrzejami: Dragułą i Lutrem. Przedstawię tu ich nieco głębiej i szerzej, bo mam na ich temat materiał książkowy: publikacje ich niedawne własne.

Draguła dialog znaczy!

Napisałem w „Gazecie Wyborczej” felietonik pod tym tytułem i powtarzam go tutaj, bo widzi mi się wciąż celny. Jestem tego zdania po lekturze trzech książek, które wydał w ostatnich latach w Bibliotece „Więzi”. Zwą się mianowicie: „Ocalić Boga. Szkice z teologii sekularyzacji”, „Copyright na Jezusa. Język, znak, rytuał między wiarą i niewiarą” oraz najnowsza: „Bluźnierstwo. Między grzechem a przestępstwem”.
Profesor uniwersytecki teologii z Zielonej Góry ks. Andrzej Draguła pisze ciekawie, często polemicznie, to jednak raczej analizy naukowe różnorodnego materiału, nie zwyczajna publicystyka. Niemniej zawsze analizy wyważone, spokojne, nikogo niechcące obrazić, nikomu dowalić. Jak już z przytoczonych tytułów wynika, autor zajmuje się sprawami ze styku kultury i religii. Styk ów jest niezwykle ważny z punktu widzenia właśnie dialogu Kościoła z całym pozakościelnym społeczeństwem coraz bardziej zlaicyzowanym, coraz dalszym od religii, choć nie zawsze dalszym od jakiejś wiary pozakościelnej. Jest to dialog u nas najistotniejszy, gdy ów ekumeniczny jest z racji statystycznych skazany na swoistą marginesowość. To przede wszystkim dialog z mediami: są one z samej nazwy podstawowymi pośrednikami i przez to opiniotwórcami, trzeba je zatem dobrze traktować we własnym kościelnym interesie. Trzeba z nimi spokojnie rozmawiać, nie wieszać na nich psów.
Dialog Kościoła ze światem całkiem świeckim to jednak nie tylko relacje ze środowiskiem dziennikarskim, to również stosunek do świata sztuki, do artystów: tu niedogadanie się jest bodaj jeszcze większe. Poświęcona jest owej relacji trzecia, najobszerniejsza z książek Draguły, tamta o bluźnierstwie. Pada tam na samym końcu zdanie zaskakujące, że „prawdziwe bluźnierstwo jest w gruncie rzeczy wiarą, choć odbitą w krzywym zwierciadle buntu”. Albowiem stwierdza przytomnie autor, „żeby bluźnić, trzeba wierzyć; żeby przeklinać Boga, trzeba uznać Jego istnienie”. Niemniej chociaż człowiek niewierzący (religijnie – bo przecież każde uznanie wyższych wartości też jest rodzajem wiary) nie może obrazić Boga, to jednak może urazić uczucia religijne ludzi, którzy Jego istnienie uznają. Otóż Draguła wypowiada tutaj myśli niezmiernie dialogowe, jeśli przez dialogowość rozumieć dążenie do pogodzenia skłóconych stron. Po prostu szkicuje warunki tego rodzaju paktu o nieagresji. „Dialog między religią a sztuką w odniesieniu do tego, co w skrócie nazywamy bluźnierstwem, nie jest niemożliwy, pod warunkiem wszak, że ani obrońcy jednej wolności [tej ludzi wierzących], ani drugiej [tamtej artystów] nie będą absolutyzować żadnej z nich, a jednocześnie będą gotowi do pewnego samoograniczenia. Nie chodzi więc jedynie o autocenzurę ze strony artystów, ale także o to, by ludzie wiary nie doszukiwali się bluźnierstwa tam, gdzie go w rzeczywistości nie ma., by uczyli się oddzielać złośliwe i bezzasadne znieważenie od sztuki, która ucieka się do religijno-artystycznej prowokacji. Sztuce też trzeba dać jakąś przestrzeń wolności, także tej „bluźnierczej””. Żeby jednak nie było wątpliwości, jakie jest stanowisko autora, zacytuję też takie zdanie: „Dziś oczywiście nikt już nie będzie kazał nikomu stawać w worze pokutnym u drzwi Kościoła, ale żądanie publicznego przeproszenia nie jest chyba zbyt wielkim wymaganiem?” Nie, ksiądz Draguła nie rozumie dialogu jako serii grzecznych uśmiechów i to tylko ze strony kościelnej. Ale dialog nie jest dlań również zwyczajnym wymyślaniem paskudnym niedowiarkom ani nawet uprzejmym wzywaniem ich do moralnego nawrócenia. Jest w nim zawarta jakaś chęć mediacji, próba zrozumienia racji drugiej strony i sprawiedliwej oceny jej zachowania. Wyznam, że dopiero duchowny autor przekonał mnie w pełni do opinii, że „Pasja” Doroty Nieznalskiej naprawdę nie miała być żadnym atakiem na Kościół, że członek męski na krzyżu naprawdę miał oznaczać szaleńcze ćwiczenie męskiej sprawności fizycznej. A że mimo wszystko pomysł jest zwyczajnie obrzydliwy, to inna sprawa. To już uwaga moja, autorska myśl „zdroworozsądkowa” jest natomiast taka, iż wyrok sądowy skazujący może być dla twórcy ceną rozgłosu. Niestety nie rozumieją tego ci, co rozdzierają szaty owemu rozgłosowi cudownie służąc. Autor pisze równie roztropnie, że można by się w niejednej sprawie dogadać, nieraz okazałoby się, że nie taki straszny diabeł, jak go malują. Tu na myśl przychodzi „satanizujący” Adam Darski, czyli Nergal, oraz ksiądz Boniecki, który oskarżony został o okropnie pobłażliwy do niego stosunek. Draguła mógłby być tutaj Bonieckiego wyraźnym obrońcą (gdyby oskarżyciele czytali tak poważne książki...), choć już na przykład nie Doroty Rabczewskiej, Dody. Czemu? Odsyłam do książki.
Dialog Kościoła z pozakościelnym światem to jednak w ogóle rozmowa o relacjach między państwem świeckim a tą instytucją religijną. Jest o tym dużo w poprzednich książkach księdza Draguły. Wyjątkowo kontrowersyjna sprawa krzyża w miejscach publicznych traktowana jest przezeń obszernie. Zapamiętałem bardzo ważne rozróżnienie miejsca owego znaku chrześcijaństwa w przestrzeni państwowej i społecznej. W tej pierwszej postulat braku krzyża jest jakoś uprawniony, w tej drugiej już nie: czym innym jest krzyż w parlamencie czy w szkole albo i na mundurach służby więziennej, czym innym na szyi człowieka wierzącego, do czego ma on przecież zupełne prawo. A na koniec taki z książki cytat: „W skrajnych przypadkach jedni będą chcieli stawiać krzyże wszędzie, drudzy będą czynili wszystko, by krzyże wszędzie znikły. I jedni, i drudzy, niestety, nie będą w swym działaniu – mówiąc eufemistycznie – powodowani tolerancją (ci, co zdejmują), ani miłością bliźniego (ci, co wieszają). Oko za oko, ząb za ząb, krzyż za krzyż, powieszony za zdjęty. Nie wiem, czy to właśnie tak należy rozumieć krzyż jako znak sprzeciwu”. Mamy tu Dragułę wciąż odrzucającego skrajności, a także inkrustującego chłodne analizy własnymi dowcipnymi ocenami.

Luter zupełnie rzymskokatolicki
„Pochodzę z centralnej Polski. Między Łaskiem i Widawą żyje najwięcej osób o nazwisku Luter, przy czym większość z nich nie jest ze sobą nawet spokrewniona. Ogółem jest w Polsce 328 Lutrów. Sprawdziłem te dane na specjalnej stronie, nigdy zaś nie sprawdzałem swojego drzewa genealogicznego, choć ciekawe byłoby się dowiedzieć, skąd to heretyckie nazwisko się wzięło i dlaczego w województwie łódzkim zagęszczenie Lutrów jest największe.” To jedno z pierwszych zdań w książce księdza zupełnie nie luterańskiego pt. „Ekspostkatolik” (Wydawnictwo „Iskry”). Co do nazwiska, uważam za oczywiste, że noszą je potomkowie niemieckich osadników: przezwisko nazwiskiem się stało. Dzieło zaś jest potężne, przeszło 500 stron, składa się z 37 tekstów, na ogół zapewne już przedtem drukowanych w prasie rozmaitej (dzieła zebrane?). Ten Andrzej w przeciwieństwie do tamtego jest pełną gębą – przepraszam, twarzą, duchowni gąb nie mają – publicystą. W swych artykułach pokazuje też twarz kościelną jakoś dziwnie sympatyczną. Opowiada trochę o sobie, osobę swoją dawną „okołokatolikiem” nazywa, tytuł książki w ten sposób tłumacząc: katolik niemal były z czasem, „byłość” tę na wręcz księżą aktualność zamienił. O sobie samym jest co nieco, wiele więcej o matce Kościele. Już zaraz na 19 stronie czytamy zdania trafiające w moralne sedno: „Nie wszystko musi mieć pieczęć katolicką. Dzieło Jurka Owsiaka takiej pieczęci nie ma, a jest na wskroś chrześcijańskie, bo służy dobru. Nie rozumiem, skąd tyle niechęci do niego wśród duchowieństwa. Ile kontrowersji wzbudzał arcybiskup Józef Życiński, który nie tylko popierał całym sercem Orkiestrę, ale jeszcze pojechał na Przystanek Woodstock, żeby spotkać się z młodzieżą (...) Potępianie współczesnego świata zwalnia w subtelny sposób z niepokoju sumienia. Skoro zło jest wokół nas, nie ma go w nas. W oblężonej twierdzy przycupnęły anioły, które za murem i za fosą widzą tylko diabła. Jeśli symbolem szatana ma być Nergal ze swoim „promocyjnym” numerem z darciem Biblii, co świadczy zresztą tylko o słabości tego artysty, to znaczy, że już niewiele rozumiemy. Szatan to poważna sprawa. Dobrze go widzieć poza nami, wtedy poprawiamy sobie samopoczucie i żyjemy w nierzeczywistości.”
Wzmianka o Przystanku Woodstock przypomniała mi, że ks. Draguła był rzecznikiem prasowym powstałego blisko tamtego Przystanku Jezus. A co do świata oraz diabła, to, owszem, rewolucyjny zbawiennie papież Franciszek o diable mówi bardzo często i świat bardzo krytykuje, tyle tylko, że niekoniecznie za owe specyfiki etyczne w rodzaju aborcji. Światowe jest dla niego na przykład karierowiczostwo, a rzecz polega właśnie na tym, że zdarza się ono także w Kościele, co nowy biskup Rzymu bez żadnych ogródek bardzo często i mocno zaznacza.
Wracam do Lutra wcale nie heretyckiego. Choć zależy, co się przez błędnowierstwo rozumie. Może na przykład według niektórych taki wywód książki: „Kościół otwarty to Kościół o ludzkiej twarzy, miłosierny, odważny, nieszukający swego, mądry, cichy, choć «głośny» w głoszeniu zasad prawdziwie ewangelicznych, i skromny... Chrystus jest wzorem otwartości: kimś, kto z «miłującym krytycyzmem» inspiruje człowieka, przychodząc do najbardziej odrzuconych i znienawidzonych. Nie szuka bezpieczeństwa, nie chowa się za instytucją, ale szanując ludzką wolność wzywa do nadstawiania drugiego policzka i niestawiania oporu złemu, co wcale nie oznacza relatywizmu czy naiwności. Widzę żywą tkankę takiego Kościoła także w Polsce: cierpliwa posługa w konfesjonale wielu mądrych księży, dobra liturgia, służba biednym i wykluczonym, towarzyszenie chorym i umierającym, apostolstwo wśród poszukujących... Ale w debatach publicznych, a także w zwykłych rozmowach dominuje obraz Kościoła sklerykalizowanego, zajętego czymś innym: umacnianiem socjologicznego, prawno-politycznego i materialnego stanu posiadania, posługującego się językiem patriarchalnym, a nie językiem wolności i dialogu. Dominuje obraz Kościoła wykluczającego i trudno zrzucić całą winę na stabloidyzowane media. Byłoby to zakłamanie rzeczywistości”.
Przepraszam za tyle cudzych słów, ale to myśli moje także, a jakże! Cieszę się, że myślimy tak samo. Cieszę się, że są tacy księża, jak tych Andrzejów dwóch, co pokazują światu, że Kościół nie jest taki, jaki najłatwiej u nas zobaczyć. Pokazują przez krytykę tego najłatwiej dostrzegalnego. Starałem się ich tutaj pokazać, tak jak w „Gazecie Wyborczej” i w „Metrze” próbuję wciąż publiczny obraz mojego Kościoła retuszować, ile się da.
I tylko jeszcze coś o tym polskim Lutrze. Otóż jest to człowiek dialogowy też w tym sensie, że niebywale kontaktowy: zna wszystkich, ze wszystkimi rozmawia. W „Gazecie Wyborczej” też nawet najpoważniej w świecie: choć brak tam konfesjonałów, spowiada, rozgrzesza.

Jan Turnau
„Gazeta Wyborcza”