Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 34
W tym miesiącu: 2352
W tym roku: 19441
Ogólnie: 365956

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Zapis pamięci cz. 1

Autor: Wladyslaw Zielecki
04-09-2013

Jak ginęły w Polsce historyczne, wielokulturowe wsie!
Opowieść o życiu bojkowskiej wioski Ulucz pod Sanokiem w II RP, o jej zagładzie w latach czterdziestych XX w. oraz o losach jej mieszkańców: Ukraińców, Polaków i Żydów, spisana
z dużą dbałością o obiektywizm i z talentem dokumentalisty, przez uluczanina Władysława Zieleckiego. Według niektórych źródeł w Uluczu urodził się kompozytor Michał Werbycki, autor hymnu Ukrainy: „Szcze ne wmerła Ukraina...” Wspomnienia nie były dotychczas publikowane

Chciałbym pokrótce przedstawić, jak wyglądała dziś już prawie nieistniejąca wieś Ulucz za mojej pamięci do 1940 r. Otóż 20 km na północ od Sanoka w dolinie nad rzeką San leżała ogromna wieś Ulucz licząca 580 gospodarstw i 3,5 tysiąca mieszkańców. Wieś Ulucz zaliczana jest do najstarszych osiedli ziemi sanockiej. Pierwsze zapiski o grodzisku w Uluczu pochodzą sprzed XIV wieku. (...) Na Wzgórzu Dębnik znajduje się cmentarz wiejski i stoi tam do czasów obecnych cerkiew drewniana. Jest to jedna z najstarszych cerkwi drewnianych w Polsce.

Przed wojną
Pierwsza szkoła w Uluczu została pobudowana w 1850 roku, do tejże szkoły i ja uczęszczałem i w niej także ukończyłem szkołę podstawową. Stara szkoła służyła społeczeństwu do 1936 roku, kiedy to pobudowano nową siedmio klasową szkołę pośrodku wsi. Był to piękny nowoczesny budynek drewniany, który został spalony w 1946 r. w czasie działań UPA. Za mojej pamięci na polach dworskich w pobliżu wsi istniał tartak parowy, który spłonął w 1931 r. i już go nie odbudowano. Istnienie tartaku w latach 20-tych dawało możliwości rozwoju gospodarczego wsi, ponieważ wielu ludzi znalazło pracę bezpośrednio na tartaku. Natomiast reszta wsi znalazła zatrudnienie przy ścince i wywózce drewna z lasu, tak samo przy wywózce tarcicy na stację kolejową do Sanoka. Spalenie się tartaku było bolesnym ciosem dla mieszkańców Ulucza, gdyż przestały istnieć możliwości zarobkowania. Istnienie tartaku wkomponowanego w krajobraz wiejski dawało piękny widok. Był duży ruch furmanek zwożących i wywożących drewno. Dymił wysoki komin, świeciło się światło elektryczne w halach produkcyjnych i na placu składowym. Tartak przedstawiał też i inną wartość dla mieszkańców wioski, ponieważ spełniał rolę czasomierza. Ryk jego syreny rano, w południe, wieczorem i o północy dawał znaki dokładnych godzin.
Od strony wschodniej ogrodu dworskiego stał niewielki budynek posterunku Policji Państwowej, postawiony zaraz po odzyskaniu niepodległości. Obsadę posterunku stanowiło trzech funkcjonariuszy, a działalność posterunku obejmowała wsie: Ulucz, Hroszówkę, Jabłonicę i Witryłów. Obok posterunku policji znajdował się budynek poczty, która została założona na początku lat 20-tych. Połączenie telefoniczne z urzędem gminnym w Dydni i władzami zostało założone w 1935 r. Po pocztę do Dydni chodził codziennie pieszo Anastazy Seman. Był to chłop nieposiadający ziemi, który utrzymywał się z pracy jako dostarczyciel poczty, dlatego pracę swą wykonywał bardzo sumiennie i rzetelnie. Kto by teraz potrafił codziennie na piechotę odbywać podróż do Dydni, gdzie odległość w jedną stronę wynosi ponad 10 km! Nie było żadnych furmanek ani rowerów, a tylko na własnych plecach nosił skórzaną torbę i przypięte z boku paczki. Dostarczanie paczek też należało do jego obowiązków. Gdy wiedział, że będzie więcej paczek, to prosił żonę o pomoc. Nie pamiętam, żeby kiedyś chorował; czasami zastępowała go żona. Mógł sobie kupić rower, ale chyba nie umiał na nim jeździć, a po drugie rower w tych czasach kosztował 200 zł i na ówczesne czasy była to ogromna suma. Owijał sobie nogi owijaczami, które ściskały mu mięśnie i pomagały
w chodzeniu. Natomiast pocztę roznosił listonosz Jan Cykliński, który miał pracę lżejszą, ale i on był pracownikiem sumiennym. (...)

Odejście bazylianów z Ulucza

Wzgórze Dębnik, na którym znajduje się prastara cerkiew, szeroki pas ziemi ciągnący się do rzeki San i od Dębnika do lasu był własnością zakonu bazylianów. Pod wzgórzem od strony południowej założyli ośrodek gospodarczy oraz klasztor. W późniejszym czasie pobudowano obecną cerkiew. Zakonnicy poza posługą kościelną zajmowali się lecznictwem, nauczaniem chętnych czytania i pisania oraz prowadzeniem gospodarstwa rolnego. Poza tym służyli fachową radą dziedzicowi i chłopom pańszczyźnianym oraz propagowali nowoczesne metody gospodarowania. Mieszkańcy wsi Ulucz oraz okolicznych wiosek szanowali zakonników i byli z nimi zżyci, ponieważ tylko tam mieli oparcie w żalach na stosunki panujące w pańszczyźnie. W gospodarstwie klasztornym hodowano bydło, konie, owce itp. Prowadzili także warsztaty rzemieślnicze jak: kowalstwo, stolarka, budownictwo. Plony na polach klasztornych były zawsze lepsze niż na dworskich czy chłopskich. W 1744 r. za panowania cesarza Józefa II wyszło zarządzenie o likwidacji zakonów na terenie zaboru austriackiego. Ziemią i majątkiem zakonników podzielili się po połowie ksiądz greko-katolicki i dziedzic. Cerkiew przeszła pod zarząd księdza, natomiast reszta budynków uległa zniszczeniu i dewastacji. Bazylianie odchodzili z Ulucza z płaczem, rzucali przekleństwa, aby z Ulucza nie pozostał kamień na kamieniu. I stało się tak w roku 1946, kiedy wioska została spalona i nie pozostał kamień na kamieniu. (...)
Naprzeciw cerkwi parafialnej, w kierunku południowym do rzeki San oraz w kierunku północnym do lasu znajdował się szeroki pas ziemi ok. 100 ha, ziemi bardzo dobrej, która należała do parafii. Gospodarstwo plebanijne było bardzo duże, było tam zatrudnionych na stałe kilku pracowników. Prowadzono gospodarkę na wielką skalę, rozwijano hodowlę we wszystkich· kierunkach, prowadzono przepiękny ogród sadowniczo-krzewowy. Gospodarstwo plebańskie istniało do 1940 roku, kiedy to władze radzieckie wywiozły księdza wraz z rodziną do Przemyśla; potem przez granicę oddały Niemcom – postarał się o to syn księdza u władz niemieckich, mieszkający na wsi Łodzina i będący tam nauczycielem. Natomiast cały majątek plebański przeszedł na własność powstałego wówczas kołchozu.

Flamandowie w Uluczu
Za mojej pamięci dworu w Uluczu już nie było, część ziemi rozkupili jeszcze przed pierwszą wojną światową chłopi, i to chłopi bogaci. Większą część ziemi wydzierżawiano rolnikom po pierwszej wojnie światowej (...). Budynki gospodarcze oraz mury ogrodzeniowe uległy całkowitemu zniszczeniu Jedynie budynek mieszkalny, gdzie zamieszkiwali lokatorzy, tacy jak leśniczy, nauczyciele, świetlica Związku Strzeleckiego oraz mieszkanie dzierżawcy resztówki, wyglądały dość dobrze. Także budynek dworski w dobrym stanie przetrwał do 1946 r., kiedy to na polecenie władz UPA cały murowany budynek został rozebrany i wywieziony do lasu, gdzie budowano w nieznanych do dziś miejscach różne obiekty dla celów działalności UPA.
Za czasów austriackich majątek dworski w Uluczu był własnością dziedzica Targonta*. Był on właścicielem kilku majątków dworskich. Pewnego razu założył się z innymi Panami, że w oznaczonym terminie dostarczy do Wiednia 1000 sztuk wołów. Rozpoczęto wielkie przygotowania do pędzenia wołów do Wiednia. W kuźniach robiono specjalne podkowy i podkuwano woły, zebrano też pewną ilość wołów w zapasie. Pomimo takich przygotowań w oznaczonym terminie wołów nie udało się dostarczyć, dziedzic zakład przegrał i stracił cały majątek. Dziedzic i jego żona wszczęli procesy o unieważnienie zakładów i zwrot majątków, które trwały kilka lat. Żona dziedzica wygrała proces i odzyskała majątek we wsi Łodzina dlatego, że pochodziła z Krakowa i tam sprzedała kamienicę, a pieniądze te jako posag wniosła do majątku męża. Dlatego sąd w Dobromilu uznał posag żony dziedzica jako jej własność, którego jej mąż nie miał prawa zastawić w zakład. Żona wraz z synem wygnali ojca z domu, a ten dalej prowadząc procesy przebywał u ludzi w Uluczu. Za utrzymanie dawał zaświadczenia na papierze tłumacząc, że jak wygra proces to wszystkim, którzy mają jego zaświadczenia, zapłaci za utrzymanie. Jednak podczas trwania procesów dziedzic umarł, a ludziom pozostały tylko kartki. Takie kartki posiadał także mój dziadek. Natomiast jego żona sprzedała majątek w Łodzinie i wyjechała z synem do Krakowa.
Majątek Ulucz i inne dwory Targontów przeszły na własność panów Dydyńskich z Krzemiennej, którzy posiadali wszystkie dwory, lasy począwszy od Łodziny aż do Dynowa i Brzozowa. Ostatni dziedzic Lesław Dydyński jako stary kawaler trzymał własne konie na wyścigach konnych w Warszawie. W należytym stanie utrzymywał majątek w Krzemiennej, pozostałe dwory i folwarki, które miał w dzierżawach, były zaniedbane i chyliły się ku upadkowi. W pierwszych dniach okupacji z niewiadomych przyczyn popełnił samobójstwo. W tamtym czasie rzeka San była granicą pomiędzy Niemcami a ZSRR, więc wiadomości były trudne do przekazania, dlatego przekazywano je sobie w formie przyśpiewek. W ten sposób dowiedzieliśmy się o śmierci pana Dydyńskiego, bo ludzie z Temeszowa śpiewali:
„Hej chłopy, chłopy, wy tam nic nie wiecie,
pan Dydyński umarł, wy się nie modlicie”.
Trzeba wiedzieć, że w ówczesnym czasie pan Dydyński był poważanym i cenionym człowiekiem. (...)
Na skraju wsi od strony błonia stała synagoga żydowska. Był to obszerny budynek składający się z dwóch izb przeznaczonych dla celów modlitewnych – jedna izba była dla mężczyzn, a druga dla kobiet. W budynku tym znajdowała się jedyna we wsi łaźnia oraz mieszkanie dla rodziny obsługującej dom modlitwy oraz łaźnię. Synagoga została zlikwidowana w 1942 r. przez władze niemieckie. (...)
Ulucz liczył 3,5 tys. mieszkańców, z czego 200 mieszkańców było Polakami, ok. 350 było narodowości żydowskiej, natomiast pozostała większość mieszkańców to byli Ukraińcy do lat 30-tych zwani (Rusinami). Głównym zajęciem ludności było rolnictwo, natomiast ludność żydowska zajmowała się handlem i usługami. 5% mieszkańców nie miało wcale ziemi, 20% posiadało do 0,5 ha, 60% posiadało gospodarstwa od 0,5 do 3 ha, natomiast pozostałe 15% byli to bogacze.

Przedwojenna bieda
Ogromna równina nad Sanem oraz wzgórza nad wioską nie mogły dostatnio wyżywić całej ludności. Dlatego ludzie szukali pracy dorywczej, ponieważ stałej pracy nie było. Niektórym udało się wyjechać do pracy do Francji, inni szukali pracy sezonowej w Niemczech oraz na Łotwie. Do Ameryki wyjazdów nie było, chyba gdzieś sporadycznie ktoś wyjechał, żeby się połączyć z rodziną. Ziemia była podzielona do granic możliwości: były gospodarstwa, które nie miały już ziemi na błoniach. Chcę zaznaczyć, że ziemia na błoniach była lepszej klasy niż na wzgórzach. Utrwalił się zwyczaj, że ojcowie dzieląc gospodarstwo zawsze córkom przydzielali pole na błoniach, a synom pozostawały wzgórza. Syn mógł mieć kawałek ziemi na błoniach, jeżeli otrzymał w posagu od żony. Zagony ziemi zwężały się do takich rozmiarów, że można było jechać tylko jeden raz bronami. (...)
Do młyna dawało się mleć zboże tylko na święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia. Z mąki zmielonej w młynie korzystali tylko bogacze. Pomimo tego, że w Uluczu była piekarnia, to nie każdego było stać na kupno chleba czy bułki (2 kilogramowy chleb żytni kosztował 55 gr, a mała bułka 5 gr). A wiadomo, że zwykły robotnik w zimie mógł zarobić 50 gr za jedną dniówkę, jeżeli była robota, w lecie 1 zł. Można sobie wyobrazić, jak trudne były warunki życia.
W latach przedwojennych ludzie cały czas wspominali czasy austriackie, ponieważ ludziom żyło się lepiej, bez większych przeszkód można było wyjechać do Ameryki i tam zarobić, a i na miejscu były zarobki przy zwózce drzewa z lasu; w ostateczności można było zarobić we dworze. Natomiast w latach międzywojennych sytuacja ludności była katastrofalna: brak ziemi, brak jakiejkolwiek pracy, trudności w zdobyciu pieniędzy – to wszystko składało się na rozgoryczenie ludności wobec władz państwa. W stosunkowo dobrej sytuacji byli bogacze tzn. ci, którzy posiadali dużo ziemi, ponieważ praca najemna była tania. (...)
Niektórzy bogaci gospodarze też oszczędzali na czym tylko mogli, a za zaoszczędzone pieniądze kupowali ziemię, którą sprzedawali biedni ludzie nie mający innego wyjścia, aby zdobyć pieniądze. Nie było żadnych kas pożyczkowych, a pieniądze można było pożyczyć od Żyda, który pożyczając większą sumę na zakup krowy lub konia odbierał dług w ratach różnymi sposobami i w różnych towarach. Czasem ludność była tak zadłużona u Żydów, że przed wojną powstały sądy rozjemcze, które rozkładały spłaty kredytów na kilka lat, nie zabierając pożyczkobiorcom ziemi za kredyt. Jednak ogólnie trzeba stwierdzić, że Żydzi przychodzili z pomocą biednym ludziom w krytycznych sytuacjach życiowych.
Teraz opiszę, jak się ubierała ludność wiejska za mojej pamięci. Otóż trzeba było zobaczyć, jak w niedzielę ludzie wyszli z cerkwi w okresie letnim. Było widać jedynie biel: kobiety ubrane były w białe chustki na głowach, białe spódnice i białe bluzki. Natomiast mężczyźni ubrani byli w białe spodnie, białe surduty i białe słomiane kapelusze. Wszystkie ubrania szyte były z materiałów lnianych bielutkich jak śnieg. Tylko młodzież częściowo ubierała się kolorowo z materiałów produkowanych przez przemysł, ale w morzu bieli byli tylko kolorowymi plamkami. Starsi ludzie podtrzymywali stary zwyczaj i ubierali się tylko w ubiory własnej produkcji.
Tyrawa Solna 1984 r
CDN

Wspomnienia w opracowaniu maszynopisowym Ryszarda Tokarskiego publikujemy dzięki uprzejmości Rodziny Zieleckich.
(Śródtytuły pochodzą od Redakcji)